sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 11 || Texture of my blood*

5 komentarzy:
Do tej pory nie potrzebowałam pomocy w ubieraniu. Jednak, gdy usłyszałam słowa Runyona, o skomplikowanych wiązaniach na sukni , musiałam się poddać. Strój po raz pierwszy ukazał mi się na wieszaku. Wtedy jeszcze nie oddawał całej gracji i piękna, ale już wiedziałam. Miało to być arcydzieło. Na które nie zasługiwałam za przyszłe występki.
Ale o tym później. Dobrze?
Rozkaz z ust stylisty był prosty : ,,Stój , nie ruszaj się. Wszystko w moich rękach ‘’. Powoli na moim ciele pojawiały się niebieskie materiały. Runyon dopilnował, abym nie mogła spojrzeć na siebie w żadnym odbiciu.  W pokoju nie było lustra.  Byliśmy tylko my. Żadnych mebli , okien . Białe ściany. Tylko kilka rzeczy do pomocy w stylizacji.  I lampy oświetlające mnie z każdej strony.
Nie miałam ochoty rozmawiać. Najwyraźniej mój towarzysz miał taki sam kaprys. Jedynymi dźwiękami było jego ciche cmokanie. Użeranie się z suknią. Możliwe, ze Runyon nie był zadowolony z naszej kary.  Na jego twarzy pojawiło się przerażenie, kiedy dostrzegł moje kolana. Wtedy pozostało mi wzruszenie ramion, lecz z niego wypłynął cały entuzjazm.
Nie tylko on sprawiał takie wrażenie – cichego, smutnego.  Kiedy wróciłam do apartamentu, Mags wydała z siebie jęk. Oczy mentorki były podpuchnięte. Martwiła się o nas. Powtarzała to w kółko, jakbyśmy nie chcieli jej wierzyć. Dowiedziałam się później, czemu Kapitol nam to zrobił. Chciał nam pokazać, co się stanie, gdy go zawiedziemy lub ( co gorsza) zdradzimy. Więźniów nie wsadza się do czystych i ciepłych pokoi. Prawda?
Nie dająca mi myśleć czysto panika, której doświadczyłam podczas całego zamieszania, zniknęła. Czułam się dziwnie. Jakbym wtedy to nie była ja. Oglądałam osobę o moim wyglądzie. Uwięziona dusza, niemogąca nic zrobić z ciałem. Jak widz, krzyczący do bohaterów filmu. Nie słuchają – działają dalej.
-Już prawie koniec – mruknął niewyraźnie Runyon. Między ustami trzymał igły. Poprawiał właśnie rękawy koszuli. – Jeszcze tylko to… i to.
Sprowadził mnie z podestu. Sposób w jaki na mnie patrzył wyrażały tylko jedne słowa:  ,,Nie podepcz sukni’’. Starałam się stąpać  spokojnie, choć czasem zahaczałam o skrawek dołu.  Mężczyzna postawił mnie przed ciemną narzutą. Zerwał go ze ściany. Materiał posypał się na podłogę,  opadając powoli,  następnie układając się w zawijasy.  Spojrzałam przed siebie. Lustro.
Posłałam sobie surowe spojrzenie. Makijaż delikatny – prawie niewidoczny. Włosy, w ogóle nie ruszone i rozpuszczone, falowały po odkrytych obojczykach.  Dekolt sukni był w kształcie półksiężyca. Brzuszkiem  do dołu, a krańce aż  do granic barków. Na ramionach spoczywały rękawy  w dwóch kolorach.  Jeden – jasny uzupełniał skórę do łokcia. A drugi , o wiele ciemniejszy, kończył się przy nadgarstkach.  Falbanki, niczym rybie łuski,  w odcieniach najgłębszego morskiego dna zaczynały się nad brzuchem. Były wielkości  kciuka i jedna nakładała się na drugą, wiążąc mnie w pasie. Z każdą łuską  ,suknia rozciągała się aż do trenu.
I tak po prostu stałam.  Żadne słowa nie chciały opuścić moich ust. Dopóki Runyon nie zapiął naszyjnika na mojej szyi. Przywiązana do niego muszelka delikatnie musnęła moją skórę. Lekko dotknęłam strefy, tuż obok szyi.
- Rozumiem – rzucił stylista, podnosząc ręce w obronnym geście. Na jego twarzy zagościł pierwszy uśmiech. – Jest oszałamiająca. Nie żebym się chwalił…
Chciał mnie pocieszyć. Siebie prawdopodobnie też. Dzisiejszy dzień był pełen katastrof. Prezentacja trybutów,  magazyn, wyniki szkolenia.  Może dlatego w  odpowiedzi wydobyłam z siebie śmeich. Pokręciłam głową z niedowierzenia, dotykając łusek sukni.
-Teraz możesz im dać popalić – powiedział zmęczony, lecz szczęśliwy. Jakby został ojcem.

~*~
-Oto Sue Sempe! Słodka jak lukier dziewczyna z Dystryktu Pierwszego! –  Głos Flexora Treydona – prezentera trybutów , wypełnił głos całego Panem.
Miała na sobie suknie, pomarańczową i mieniąca, która wlokła się po czystych nogach. Żadnego śladu, blizny. Zbyt idealne. Dziewczyna opadła lekko na fotel.
Podstawili hologram. Było to oczywiste. Kapitol poruszył dobrym pionkiem. Nikt nie musiał o tym wiedzieć. Panika między Dystryktami i mieszkańcami Kapitolu była zbędna.  Pytania, na które nikt by nie umiał odpowiedzieć. Gdzie ona jest? Co się z nią stało? A przedstawienie musi dalej trwać**.
Urządzenie bez żadnej skazy oddawało jej wygląd.  Uśmiechała się, jakby jej twarz nie zastygła.
Poruszała się, jakby potrafiła oddychać.
Rozmawiała, jakby mogła.
Ale nie żyła.
Chwaliła stylistkę za dzisiejszą kreację. Co jakiś czas zawijała na palec kosmyk włosów wymykający się ze zmyślnej fryzury. Kątem oka spoglądała na wiwatującą jej publiczność. A to wszystko było kłamstwem.  Nie miało prawa istnieć. Czułam się oszukana.
O jednego przeciwnika mniej. Powinnam się cieszyć.  O czym ja przedtem myślałam? Przecież nawet jej nie znałam. Po raz kolejny rzuciłam smętne spojrzenie w stronę Sue.  Pomogłam jej. Nawet nie zdążyła mi podziękować. Jeżeli w ogóle by to zrobiła. Była wtedy taka słaba. Stop. Przestań. Ona cię nie obchodzi.
Mogłam ją uratować. Mogłam…
Nie zauważyłam , kiedy hologram skończył swój wywiad i zniknął na schodach.  Poczułam lekkie liźnięcie przez wiatr. Był to  Deidre,  ominął mnie z żałosną miną. Odwróciłam wzrok, gdy chłopak powitał publiczność z szerokim uśmiechem.
Coś mnie trąciło w umyśle. Trybik wskoczył na swoje miejsce. Nigdy o tym tak nie myślałam, ale wszystko związane z Igrzyskami było obleczone kłamstwami. Sztucznością. Nic nie było prawdziwe, prócz krwi i śmierci.  Czemu rząd nadal to ciągnął?
Skrzyżowałam ramiona, przykładając plecy do ściany. Z niecierpliwieniem rozglądałam się za kulisami.  Miał tu być. Dawno. Przecież mówił, że się zjawi…
Przykuli moją uwagę. Spod przymrużonych powiek przypatrywałam się Finnickowi. Czy on tego nie widzi…? Chwila-  może wam przybliżę sprawę.  Finnick Odair siedział obok Arii.  Rozmawiali. Blisko siebie. Z mojego gardła wydobył się bezdźwięczny jęk. Finn ukradkiem zerkał na biust dziewczyny. Rumienił się.
Przecież on nigdy taki nie był. Nie interesował się dziewczynami. Mógł się zmienić?
~Wskazówka ~
Nie zmienił się – to ja się zmieniłam.
Tylko wtedy jeszcze tego nie zauważyłam.
Nigdy nie uganiał się za rówieśniczkami.  Słyszałam jak dziewczęta wychwalały morskie oczy.  Nie mów , że ty się nie zaliczałaś do tego grona.
Ja? Czy ja kochałam Finnick’a? Jak brata. Nigdy nic między nami nie było.  Ponoć.  A jednak?  Nie pamiętasz już? Tego dnia, kiedy…
Nagle cichy szept. Powitanie.
-Witaj Czwórka – poczułam ciepły oddech, niczym muśnięcie jego dłoni. Odwróciłam gwałtownie głowę. Uczucie delikatności minęło, gdy ujrzałam jego twarz. – Niedługo wychodzę. Będziesz za mnie trzymać kciuki? – zapytał słodko.
-Przejdźmy do tematu, dobrze?
Lendrad skrzywił twarz. Odsunął się i lekko oparł o ścianę. Zmierzyłam go wzrokiem. Za pierwszym razem pomyślałam, że ubrano go w smołę. Oprócz czerni widziałam tylko jego kremową skórę i włosy. Dopiero przy drugiej myśli uświadomiłam sobie, że miał na sobie bardzo ciemny garnitur.
Po tych kilku sekundach westchnął niespokojnie i schował ręce do marynarki. Już nie podpierał ściany.
-Czyli co? Zgadzasz się? – dopytywał. Pochylił lekko głowę, którą za chwilę uniósł. – Bo wiesz… Trochę się zdziwiłem i myślałem, że nie wzięłaś tego na serio. Idziesz sobie tamtym korytarzem.  Otoczona strażnikami. Pewnie chciałaś mnie minąć – ale nie.  Zatrzymujesz się i mówisz, że chcesz pogadać przed wywiadem. – przybliżył się lekko, jakby nie chciał, żeby inni dowiedzieli się o jego słowach – Czy aby na pewno tego chcesz?
-Chyba– odparłam. Tak naprawdę nie byłam pewna. Chciałam odejść i zapomnieć o całej rozmowie. Z irytacją zgarnęłam kosmyk, który cały czas opadał mi na powiekę.  Lendrad śledził mój ruch przez sekundę.  Nagle podniósł dłoń na wysokość moich oczu. – Przestań. Nie dotykaj mnie.
Zawiedziony pozwolił ręce opaść.  Poczułam zapach. Lekka woń brzoskwini  przeplatana z dymem. Czy tak powinien pachnieć chłopiec?  Jednak zanim zdążyłam ugryźć się w język, pytanie samo wypłynęło z ust.
-Paliłeś?
-Może – odburknął. Wstrzymałam oddech, gdy bez żadnego powodu  uśmiechnął się. Przez jedną chwilę zdawało mi się, że mnie uderzy. Miał grymas na twarzy. A teraz? Kąciki jego ust były wykrzywione  w przyzwoity sposób. – Ładnie wyglądasz – mruknął – Lubię naturalne włosy. Bez żadnego upięcia i w ogóle…
-Mógłbyś przestać? -  warknęłam. Na myśl przyszło mi wiele słów, których dziewczyna w moim wieku nie powinna wiedzieć o ich istnieniu. Miałaby je niedługo poznać, ale tym razem udało mi się utrzymać bluzgi w środku.  – Nie zmieniaj tematu! Wygląda na to, że nie masz ochoty na tę rozmowę.
Byłam już gotowa do odejścia. Pozostawienia go z tym dziwnym uśmiechem i garniturze pochłoniętego w ciemności świata.  Jednak on najwyraźniej miał inne zadanie. Lendrad  wzniósł wzrok nad moją głowę.
-Z ostatniej chwili. Prognoza na dzisiejsze kilka minut. Coś mi się zdaję, że będzie burza. O, widzisz? – wskazał na mnie palcem – Są już błyskawice i szare chmury – rzucił z szyderczą radością.
-Twoje żarty wcale nie są śmieszne – odsunęłam się o krok, zamiatając suknią o podłogę – Nikt się z nich nie śmieje.
-No już dobrze – parsknął. Nadal cieszył się ze swojego dowcipu. W tle usłyszałam  oklaski.  Kątem oka widziałam, jak Deidre wstaje z fotela – Wydusisz w końcu te słowa?
Jakbym przedtem mogła. Złapałam prawą dłonią rąbek sukni. Przełknęłam ślinę.  Powiedz to.
Powiedz nie.
Nie.
Nie.
Nie?
-Tak. To było oczywiste, prawda? – niepewnie patrzyłam na jego twarz.  Myślałam, że wyczuje fałszywy ton. Lecz nic. Żadnej reakcji. Jakby nie przyjął  wcześniej wypowiedzianych słów.
-Sojusz z tobą będzie nie lada wyzwaniem, nie sądzisz? Cieszę się, że się zgodziłaś – pokiwał głową w moją stronę. Odwrócił się, a ja w tamtej chwili zrozumiałam, że  to miał być znak, do końca rozmowy – No to żegnaj Czwórka.
Zanim zrobił pierwszy krok , szarpnęłam go mocno za ramię. W jednej chwili jego mięśnie były napięte.  Warknął, strząsając moją dłoń, jak jakiegoś robaka.
- Obiecałeś – fuknęłam, masując kostki palców – Powiedz o niej prawdę.
-Nie teraz – syknął. Poprawił szybko marynarkę. Rozluźnił wyraz twarzy i lekko wypuścił powietrze-  Musimy się pożegnać- na nieszczęście.
I jakby nic się nie wydarzyło. Posłał  uśmiech pełen uczuć. Niestety, może bym w niego uwierzyła, gdyby nie oczy.  Ponieważ w nich tliła się cała nienawiść.
The most tender thing you’ve said to me
Is that i suffer from paranoia
Sometimes when i wish to kill

I count  from one to six hundred kilometers***


* ,,Texture of my blood'' - Dillon
**,,The Show Must Go On'' - Queen
*** From One To Six Hundred  Kilometers'' - Dillon
~~~
Muszę przyznać, że długo mi zajęło napisanie tego rozdziału. Zaczęłam go jakoś pisać po 10 lipca :/
Starałam się wprowadzić taką cool aurę tajemniczości, ale pff nie wiem co mi wyszło. ;-;
Zaniedbałam blogosferę. Muszę przeczytać wszystkie biedne zapomniane rozdziały, czekające na mnie od miesiąca!
Nie pozostaje mi nic, jak tylko pozdrowić was z Niechorza
Slendy
PS: Chcę jechać na Comic Con ;-;

piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 10 || Strata

4 komentarze:

- I co ty na to? – spytał Deidre, nie przenosząc wzroku znad panoramy miasta.  Siedział, pławiąc się w słońcu kierującym ku zachodowi.. Lekki wiatr , raz za razem,  owiewał jego białą koszulę.  – Hm?
Jak na wszystkie niepogody, akurat dzisiaj po prezentacjach niebo rozchmurzyło się, a trybuci postanowili zorganizować  jakąś poznawczą imprezę. Trybuci… Miałam na myśli mentorów. Pomyśleli , że warto by było, abyśmy się wszyscy poznali i przynajmniej trochę  pobawili przed nadchodzącą katastrofą. Mówiłam Mags, że nie nadaję się na takie typu spotkania towarzyskie. Mówiłam, lecz ona mnie nie słuchała. Siłą zaciągnęła mnie do windy, po tym jak  cudem zdążyłam się umyć i przebrać w wygodne ubrania. ,,Przewietrzysz się’’ powtarzała. Ale ja nie miałam nastroju. 
Jak mówili inni , słońce rzeczywiście jaśniało , jakby chciało nam umilić czas  przed rzezią.  Trochę osób przybyło. Z całego sojuszu był tylko Deidre, którego spotkałam siedzącego przy stoliku.
-Co na co?- zapytałam, próbując znaleźć ten mały punkcik, w który się wpatrywał. Gdzieś tam w oddali na pewno istniał.
-Na to, co nam kazali zrobić – musiał prawie krzyczeć, bo najwyraźniej , niektórzy aż za bardzo wczuli się w muzykę.
Chłopak sięgnął po szklankę stojącą niedaleko.  Przez chwilę patrzyłam, jak pomarańczowy napój znika, a bąbelki buzują.
- Rozgryzłam to – odparłam , spoglądając na swoje ręce. Bawiłam się palcami, krzyżując je w rozmaite sposoby. Skrzywiłam się, gdy  usłyszałam śmiechy z barku. Moim zdaniem nie było tu żadnego powodu do śmiechu, kiedy palec utyka między innymi.
- Gratulacje – jego ton wypowiedzianego słowa kotłował się między burknięciem a śmiechem – Pewnie jak każdy tutaj – zamilkł , ale po chwili znów się odezwał. Tak jakby się zaciął – Pokazali mi moją matkę, znaczy nie do końca. Na początku ta cholerna kukła przemówiła głosem mojej siostry. Pojąłem to wszystko, gdy ujrzałem matkę. Gładko poszło.
Jego wyczekujące spojrzenie przeniosło się na mnie – A tobie?
-Brata – odparłam. Zrobiło mi się gorąco. Powiedziałam to zbyt szybko.
Kąciki ust chłopaka delikatnie uniosły się ku górze.  Otworzył powoli usta, chcąc coś powiedzieć. Lecz po chwili je zamknął, marszcząc brwi, jakby próbował rozgryźć nieustającą walkę między myślami.
-Skończył mi się sok, przynieść ci coś? – wypaliłam. Przeszła cisza powoli wypalała moje nerwy.
-Nie – odezwał się zmęczonym głosem.  – Pójdę zobaczyć co z Sue.
-A jak u niej?
Deidre wstał, zasuwając za sobą krzesło – Żyje – i odszedł do windy. Pomachał mi z daleka na pożegnanie. Nie odmachałam.
Moje myśli od razu skierowały się do Lendrada. Miałam rację – Deidre naśladował go (prawie) w kropka w kropkę. Nieefektywnie próbował uśmiechać się jak on, nawet miał podobny ton głosu. Właściwie to nieprzyjemna rzecz. Próbował być jak ktoś inny, prawdopodobnie uważał, że stanie się nim. I to mnie smuciło.
Z drugiej strony mojego umysłu uwierała mnie jedna myśl. Trącała mnie , nie dawała mi spokoju. Dlaczego dla wszystkich byłam taka miła? Musiałam być oschła, nie dawać się na uśmiechy z innymi. Rywalizacja robiła się coraz ostrzejsza , a ja witałam wszystkich, jakbyśmy byli sąsiadami.
A ja dobrze wiedziałam, że nie byliśmy.
Podeszłam do automatu. Po chwili pusta szklanka napełniła się wodą.  Na zewnątrz byłam spokojna, choć czułam , że ręce mi drżały. W każdej chwili bałam się, że ktoś to zauważy. Przecież wszędzie były osoby godne mnie zabić.
Cieszyłam się. Aż tak, że chciało mi się płakać. To nie był Finnick! Powtarzałam w myślach i z każdą nadchodzącą chwilą byłam radosna jak dziecko. Odstawiłam naczynie na tacę. Wcisnęłam ręce w kieszenie bluzy, gdy z północy zawiał wiatr. Rozejrzałam się.
Winda znajdowała się po prawej stronie tarasu, ścianą na północ. Obok niej stała para trybutów z kubeczkami. Śmiali się , oparci o barierki i pokazywali coś sobie w oddali. Bliżej do mnie niż do nich był jeden ze stolików jeszcze niedawno zajęty przeze mnie i Deidra.  Drewniane patio, w którym się znajdowałam, było wypełnione różnymi przekąskami i napojami. Niedaleko podrygiwała do rytmu muzyki grupka nastolatków.  Natomiast najpiękniejszą częścią tarasu były ogrody umieszczone po lewej stronie windy. Kwiaty wylewały się z niego przez krzaczaste ogrodzenia. Czasem docierała do mnie ich woń. Była przepiękna.
Lekkim krokiem podeszłam do barierki.  Rozparłam się na niej, oglądając co się dzieje na dole. Jak zwykle to samo. Kapitol może i jest piękny, ale monotonny. Znowu jakieś trąbienie zza ulicy. Przechodzące kolorowe punkciki po chodnikach. Czasem na wielkim ekranie przywieszonym do luksusowego domu towarowego pokazywały się jakieś promocje.
Ostatnio zauważyłam, że w tych wszystkich kapitolińskich gazetach  pokazywano ludzi obrzydliwie bogatych. Jednak ciekawiło mnie jedno – gdzie trafiali ci, którym nie poszczęściło się w życiu? Przecież ich nie zabijali… prawda?
W moim dystrykcie dzielono ludzi na cztery grupy społeczne. Byli ci Najbiedniejsi, którzy mieszkali w Wiejskich Przytułkach – miejsca ochrzczone tą nazwą znajdowały się odlegle od oceanu. Czasem niektórzy mieli domy w centrum , ale rzadko. Następnie po schodkach społeczeństwa wspinali się Poławiacze. Śmieszna nazwa, prawda? Ja bym się akurat się z tego nie bawiła, bo Finnck oraz Herri należeli do tej nazwy. Jedno pytanie, dlaczego Poławiacze? Ponieważ ich było najwięcej. Łowili co popadnie. Nie byli o wiele bogatsi od czwartej grupy, ale przynajmniej mieli większe predyspozycje w rządzie. Trzecia część – Sklepowicze. Samo to słowo wskazuje, że mają coś związane ze sklepami i sprzedawaniem. Właśnie w tej grupie osób się urodziłam. Mieszkańcy, tacy jak burmistrz czy inne osoby związane z rządzeniem, byli Diamentami. Jedyne skojarzenie dla mnie? Annie Cresta.
Najbiedniejsi, Poławiacze, Sklepowicze i Diamenty – ironia Dystryktu Czwarty.
~ Słowa ode mnie : Nie podobało mi się dzielenie osób na nazwy ~
Dopiero po chwili usłyszałam, że radio zamilkło. Nie było już śmiechów, ani odgłosów zabaw. Odwróciłam się zbyt gwałtownie, przez co przewróciłam pozostawiony przez kogoś kubeczek z pomarańczowym płynem.  Fala białych kombinezonów wylewała się przez windę. Wszyscy się rozglądali. Jeden podszedł do mnie, brutalnie łapiąc. Siła pociągnięcia zwaliła mnie z nóg.
-O co ci chodzi? – krzyknęłam, próbując wyrwać mu rękę z uścisku. Szarpnął mnie do góry, raniąc moje nogi.
-Do środka!- warknął i popchnął mnie prosto do windy. Odwróciłam się przed zamknięciem się drzwi. Strażnicy łapali oszołomionych trybutów. Jak zwierzęta.
                     ~*~
Sue nie żyje
Takimi słowami powitano mnie w holu. Dwójka strażników prowadziła mnie przez cały budynek ,ściskając z każdą chwilą mocniej uścisk. Popychali mnie i kazali ruszać dalej, kiedy pytałam się co się stało. Nagle mijaliśmy Deidre’go.  Zauważył mnie i zaczął wrzeszczeć dlaczego  to zrobiłam, dlaczego ją zabiłam. Nie wiem czy to ja krzyknęłam, czy zduszony szloch , który wydobył się z ust chłopaka, kiedy paralizator dotknął jego karku. Upadł na ziemię, a my ruszyliśmy dalej.
Próbowałam nie płakać. Próbowałam. Nie żyła. Sue nie żyła. A teraz coś z nami zrobią.
~*~
Magazyn był ciemniejszy niż noc.  Czasem pojawiał się jakiś zarys pudeł – może to była tylko moja wyobraźnia. Dopiero po kilku godzinach wstawiono nam dwie lampy. Strażnik postawił je na jednej z półek, przez chwilę popatrzył na nas – skutych , usadzonych w koło, potem wyszedł zatrzaskując metalowe drzwi.
Po tym jak nas tu wsadzili  panowała cisza. Wszyscy baliśmy się jakkolwiek odezwać. Jedyną muzyką , która panowała w tym pomieszczeniu były ciężkie oddechy nastolatków i  klekotanie kajdanek. Po upływie kilku dobrych kwadransów, które przekształciły się w szarawą poświatę półsnu, ktoś szybko zagwizdał. Dźwięk rozniósł się po całym magazynie.
-Zabiją nas- zaskomlał kilka sekund później jakiś chłopak. Dzięki niemu nastąpiła fala szeptów. Niektórzy płakali, a jeszcze innym wydobył się jęk, kiedy usłyszeli wieści – Sue nie żyje. Zabił ją . Ktoś z nas
Dopiero teraz zaczęły mnie piec oczy. Może przez kurz?
Odrobinę odsunęłam się od siedzącej obok mnie dziewczyny, która atakowała mnie ciężkim oddechem. Miała piękne blond włosy , w których tkwiła zakrzepła krew.  Spojrzałam na swoje kolana. W słabym świetle dostrzegłam odkryte mięso. Potarłam kostkami dłoni. Syknęłam.
Rozejrzałam się wokoło. Zobaczyłam skulonego Deidre’go. Jego koszula była podarta, a włosy straciły swój blask. Obok niego opierał się o pudło Lendrad. Myślałam, że będzie się uśmiechał pod nosem.  Że zaśmieje się, kpiąc z nas wszystkich. Ale on też był wystraszony.
Finnick’a znalazłam na drugim końcu koła. Spał niespokojnie. Przymrużyłam oczy. Na jego policzku tkwiła czerwona rysa.
Wcisnęłam się głębiej w podłogę. Było mi zimno, a głód sprawiał , że czułam się słabo. O śnie mogłam tylko pomarzyć. Oprzeć też się nie mogłam. Pozostawało mi siedzieć w takiej samej pozycji przez kolejne godziny. A może będą nas tu trzymać kilka dni?  Nie. To nie możliwe. A Igrzyska?
Przez większość czasu myślałam o Sue. Co jej się stało? Ktoś ją zabił? Przecież Deidre mówił, że ona żyje. Ponownie spojrzałam w jego stronę. Sprawiał wrażenie przybitego. Nie. To nie mógł być on.
Nagle drzwi się otwarły. Wszystkie szepty się rozpłynęły. Zamknęłam oczy, marszcząc brwi. Z korytarza wylewało się światło. Po chwili uchyliłam lekko powieki. Strażnicy Pokoju pchali Deidre’go do wyjścia. I znowu huk zamykania.
Ktoś coś powiedział, że go zabiją. Jednak ja w to nie wierzyłam. Przecież równie dobrze, mogli by ko zastrzelić na naszych oczach. Albo najlepiej nas wszystkich.
Godzina minęła i dopiero wtedy przyszli po mnie. Podciągnęli mnie i zaprowadzili przez drzwi. Szliśmy przez kupę korytarzy, jeździliśmy windami i wchodziliśmy schodami. Na początku próbowałam zapamiętać , którędy idziemy, potem dałam sobie spokój, ponieważ kręciło mi się w głowie.
Zatrzymaliśmy się. Strażnicy otworzyli mi drzwi, które po chwili zamknęli. Byłam w środku. Za biurkiem siedział mężczyzna . Obok niego dwóch żołnierzy.
-Usiądź – rzekł mężczyzna. Zamknął jakieś urządzenie, które odłożył na bok.  Jak w transie podeszłam do czarnego fotela.  Opadłam, prostując nogi, ale nie spuszczałam oczy z mężczyzny i broni, trzymanej przez Strażników.
-Co ja tu robię? – zapytałam.
-Sprawa panny Sue Sempe jest dość... dziwna - ignorował moje pytanie, łącząc obie dłonie - Prezydent nie ma zamiaru udostępnić nam informacji, a co dopiero wam. - W jego ustach to słowo zabrzmiało jak przekleństwo , które chciałby jak najprędzej wypluć - Jeżeli się przyznasz m to będzie po sprawie. Jasne?
Otworzyłam szeroko oczy. Oni myśleli, że to ja. Że to ja.
-Może zacznijmy od tego, co robiłaś - mruknął. Sprawiał wrażenie znudzonego tym całym wydarzeniem. Przecież zginęła. Sue zginęła. A on sobie pozwalał na ziewnięcia? 
Zaczęłam opowiadać. Próbowałam się uspokoić, uspokoić... Ale jak? Z każdym wypowiedzianym słowem czułam się coraz gorzej - jakbym była winna. A przecież nie byłam. Byłam na tarasie - zapewniałam ich, ale także i siebie. Nic nie zrobiłam. Nic. Tłumaczyłam , że siedziałam przy stoliku z Deidre'm. On potem wyszedł zobaczyć się z nią. A ja tam zostałam, dopóki nie nadeszli. Lecz ja widziałam, że on mi nie wierzy.
-Dlaczego jej pomogłaś?- zapytał nagle,  przerywając mi - Na szkoleniu. Przecież nawet jej nie znałaś.
Utkwiłam wzrok w podłogę. Byłam bliska płaczu. Chciałam stąd wyjść i nigdy nie wracać. Ręce wcisnęłam w fotel, a kosmyk włosów opadł na czoło, wesoło łaskocąc.
-Bo tak było dobrze. Ja chciałam jej tylko pomóc. Nic więcej - pociągnęłam nosem, próbując zatrzymać dreszcze. 
Mężczyzna westchnął.
-Dziękuje - i odprowadził mnie do drzwi.
~~~
Jezu ja żyję. 
Przez ten piękny czas, gdy tutaj panowała pustka, przeczytałam aż siedem książek o.o. Dużo.
Czy  tylko ja się cieszę z premiery Gwiazd Naszych Wina?  A otóż pech sprawił ,że dzisiaj nie poszłam do kina ;-; Dopiero w niedzielę zobaczę co tam dla mnie przygotowali.
Nie wiem o czym pisać. Dziękuje w ogóle, za doping w sprawie biegu. Nie znam wyników. Natomiast wiem, że byłam 20 podczas biegu na 900 metrów koło Manufaktury w Łodzi. Powiedzmy, że jestem z siebie dumna. c:
Przepraszam, że tak długo trzeba było czekać na te wypociny, ale jak zaczynałam pisać, to po jakimś czasie robiłam się zmęczona i pisałam na odwal co mi przyjdzie do głowy. Potem trzeba było to wszystko poprawiać. I jeszcze raz poprawiać.
Do następnego (jeżeli nie zapadnę w letnie uśpienie)
Slendy
PS: Moje życie nie ma sensu
PSS: Skończyłam The Walking Dead ;-;
PSSS: [*]

piątek, 25 kwietnia 2014

Rozdział 9 || Złudzenie

3 komentarze:
Wszystkiego najlepszego Olga! Jutro jemy pizze i oglądamy WPO, prawda? :3

-Nadal jesz to jabłko? No ile można.
Aria oparta o szarawą ścianę windy przyglądała się swojemu współtrybutowi. Niewiele od niej większy spiorunował ją wzrokiem, a następnie spożył ostatni kęs owocu. Upuścił ogryzek na podłogę, udając , że nic się nie stało. Dziewczyna prychnęła, odgarniając kucyka. Przez jedną chwilę spojrzała na mnie, prawdopodobnie tylko dlatego, że nie miała co robić.
-Ile ta winda może się snuć? – narzekała ze złością w głosie, bawiąc się swymi rękoma. Nagle wpadła na jakiś pomysł, nieudolnie ukrywając nikły uśmieszek. – Pewnie ktoś tu nas obciąża swoim wielkim dupskiem.
O nie. Nie pozwolę jej na taką grę.
-Mogłabyś się zamknąć? – warknęłam , wyłapując jej wzrok spod grzywy. Oczy  - zdziwione i pełne blasku, były  radosne i wypełnione kpiną – To wcale nie jest śmieszne.
-Ależ oczywiście, że jest – odparła po chwili, a chłopak zawtórował jej chrząknięciem.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy – serio. Nie spodziewałam się, że Aria zamilknie. Myślałam, że będę tutaj uwięziona i musiałabym słuchać jej dowcipów, a jej kolega popierałby ją. Gdy drzwi się otworzyły wyszłam pierwsza, ponieważ byłam najbliżej ich.  Za mną powłóczyły się Szóstki, dołączając do jakiejś grupy osób stojącej nieopodal pierwszego toru treningowego.
Finnicka zauważyłam pierwszego. Nie podeszłam , nie przywitałam się.  Rozmawiał z barczystą Jedenastką, która potakiwała mu na każde słowo. Po chwili dołączyła do nich Aria, uśmiechając się do Finna.
 Gdy wycofywałam się w przeciwną stronę, poczułam silne uderzenie z boku.
Odwróciłam się zaskoczona.  Brązowowłose, niczym dwie ruchome plamy wiły się, bijąc siebie i rozwalając wszystko wokoło. Charlotte siedziała na potarganej Sue i waliła ją pięściami po twarzy. Odsunęłam się. Usłyszałam krzyk, krew skapnęła na podłogę. Białe kombinezony odciągnęły rozwydrzoną Dwójkę od leżącej, cicho krwawiącej. Złamany nos.
Sue starała się nie płakać, próbowała wstać, lecz po chwili znowu wylądowała na podłodze. Nikt jej nie chciał pomóc, nikt do niej nie podszedł, nie podał dłoni. Strażnicy zajmowali się wrzeszczącą Charlotte.  
Wybiegłam z tłumu, klękając obok dziewczyny.  Próbowałam ją podciągnąć, lecz po chwili zemdlała i bezsilnie opadła na moją klatkę piersiową, plamiąc nasze ubrania. Ci, którzy najwyraźniej uspokoili atakującą, odepchnęli mnie, łapiąc Sue i wynosząc ją.
Rozejrzałam się. Wszyscy patrzyli, ja kucałam, próbując nie patrzeć na swoje ręce. Prawdopodobnie były szkarłatne.
~Ludzie patrzyli z daleka, bo z daleka łatwiej patrzeć na taką rozpacz~ *
Wstałam, idąc do łazienki . Czułam na sobie spojrzenie innych. Umyłam szybko ręce, a następnie szybko wyszłam , idąc do stanowisk.
~*~
- I co ? Zdecydowałaś się? -  zapytał bez żadnego miłego akcentu, spotykając mnie przy rozpalaniu ogniska. Uświadomiłam sobie, że nie byłam gotowa na to spotkanie.
Co? Nie. Nie. To nie może być prawda! Przecież…
-Ogłuchłaś Czwórka? – pomachał mi przed oczami po tym, jak ujrzał mój zdziwiony wyraz twarzy.
-Nie – odpowiedziałam, unikając jego wzroku. – Muszę… muszę jeszcze pomyśleć.
...to był sen.
-Okej – Lendrad westchnął ze znużenia – Tylko szybko, bo nie tylko ty masz szansę dostać się do naszego sojuszu.
~*~
-Igrzyska to bilet w jedną stronę. Na początku spadasz, a upadek jest bolesny. I przeżyjesz tylko sam, jeżeli potrafisz.
W salonie na czwartym piętrze było ciepło , dopóki Mags nie postanowiła opowiedzieć nam o swojej historii. Rozsiedliśmy się na fotelach ustawiony w koło.  Mentorka ostrzegała nas, abyśmy słuchali co nam mówi i , żeby jej wspomnienia nie poszły w zapomnienie.
Obracając szklankę wody,  przenoszę się do umysłu Mags – pełnego zakurzonych informacji i bolesnych rzeczy. Jej początek był zarazem końcem.  Gdy ją wylosowali, jej rodzina wiedziała, że już nie wróci. ,,Pogodzili się z tym’’ – dodała wtedy ze smutkiem.  Podczas przejażdżki rydwanem po miejskim rynku w Kapitolu, Mags spodobała się kilku sponsorom.  Jej punktacja pod koniec treningów nie była taka zła.  Dopiero na arenie zaczynało się całe show.  Mentorka mówiła, że uciekła od sojuszu, kradnąc broń i zapas jedzenia.  Przez większość czasu siedziała na bagnistych terenach, żywiąc się czym popadnie.
- Ostatni dzień był najgorszy dniem – wymamrotała po chwili wahania. -  Truli nas, próbowali nas do siebie zbliżyć. Ten chłopak z Jedynki… w jego żyłach płynął mord. Nie wyglądał na groźnego. – Mags ścisnęła kurczowo dłonie, próbując uspokoić zachrypnięty oddech – Pamiętam jego ostatnie słowa.. to było…  ,,Powiedz moim siostrom. Powiedz jak mnie zabiłaś’’. I powiedziałam, że nie miałam wtedy wyboru. Nie chciały mnie słuchać, wrzeszczały na cały plac, próbując się do mnie dorwać. Płakały, przeklinały Kapitol. Tydzień później już ich nie było. Ciężarówka była przepełniona ciałami.
Zapadła cisza. Ktoś w tle pociągnął nosem. Nikt nic nie mówił. Mags i tak pewnie nie chciałaby słyszeć żadnych współczuć. I tak pewnie obdarowywano ją takimi śpiewkami co roku.
-Jak przeżyłaś- zaczął niepewnie Finn, siedzący po mojej prawej – Jak przeżyłaś z  tym uczuciem przez te wszystkie lata?
Otworzyła oczy, wodząc wzrokiem po twarzach. W końcu zatrzymała się na pytającym – Próbowałam zapomnieć . Lecz to się nigdy nie udaje.
~*~
Mags miała wtedy rację. Nie mogłam zapomnieć pierwszej śmierci. Czyjejś. Widoku krwi. Ostatniej twarzy, którą widziałam.
~,, ‘’…’’ rany nigdy się nie zabliźniają i krwawią przy najmniejszym zadrapaniu’’ **
Jako trybuci przeżywamy każdą śmierć – niewiadomo nawet kogo. Jeden mały błąd i po tobie. Został tylko wystrzał z armaty, rozlegający się po uszach wszystkich. W oczach Kapitolu wszyscy jesteśmy tacy sami – dzielą nas tylko, na tych co mogą przetrwać i na tych co nie.  Urodzeni aby zabijać, wychowani aby zginąć ***, prawda?  Ale wszyscy wykrwawiamy się tak samo.***
~*~
Gdy minął kolejny dzień treningu, czekała nas prezentacja przed organizatorami.  Siedzieliśmy w pokoju, gdzie dokańczaliśmy lunch. Proszono pierwsze osoby, aby stawiały się w pokoju obok. Gdy wyszła dziewczyna z Trójki, dopiłam do końca wodę. Siedziałam sama przy stoliku – na lunchu i po nim. Lendrad i reszta siedziała, gdzieś indziej, a Finnick razem z Arią i parą z Jedenastki.
Po kilku minutach z głośników rozbrzmiało imię i nazwisko Finna. Pożegnał się z sojuszem, a następnie śledziłam go wzrokiem, póki nie zamknęły się za nim drzwi.  Przez chwilę chciałam mu coś powiedzieć – jedno słowo dodające otuchy. Lecz w myślach ujrzałam jak odwraca się do źródła dźwięku, a następnie go ignoruje. Skarciłabym wtedy samą siebie.
Moje dotychczasowe życie uległo zniszczeniu dzięki dwóm karteczkom w pulach. Straciłam Annie, Finnick’a. Brata i matkę. W zamian otrzymałam zgraję ludzi, którzy chcą mnie zabić.
Po dłuższym czasie wysunęłam się naprzód, gdy usłyszałam własne imię. Przeszłam przez ciężkie, metalowe drzwi, za którymi miałam pokazać, co potrafię.  Pierwsze co ujrzałam, to wysoka i duża sala – podobna do tej samej, na której mieliśmy treningi. Nie było tam żadnych stacji. Rzeczy były porozdzielane ściankami. Na samym środku  z podłogi pojawił się białawy manekin.
-Celestria Herriot?
Dopiero teraz zauważyłam, że jest tu ktoś jeszcze ,prócz mnie. Na tarasie,  wyłaniającym się z pierwszego piętra, siedzieli ludzie, jedzący i pijący.
-Tak – próbowałam mówić głośno.
-Dobrze – rozbrzmiał głos kobiety z balkonu – Możesz wybrać sobie dowolną broń. Jedyne co musisz zrobić, to zniszczyć tego manekina.
Co?  
Podbiegłam do sektora, gdzie leżały miecze. Złapałam pierwszy lepszy i stanęłam przed kukłą.
-Poczekaj – zarządziła ta sama osoba, co wtedy. Kobieta miała jasne, blond włosy ściągnięte w koka, co tylko upiększały jej surowość. 
Tak więc czekałam, spoglądając to na organizatorkę, to na manekina. Nie wyglądał wcale tak groźnie.  Jednak spodziewałam się tego, co Mags mi opowiadała- zaprezentowania czegokolwiek się chciało.
-Zaczynasz za trzy… dwa… jeden.
Niespodziewanie zauważyłam, że manekin… poruszył swą ręką.
Uskoczyłam na bok, gdy mój wróg postanowił trochę się przespacerować. Zamachnął się, a ja  próbowałam dźgnąć go ostrym końcem.  Męczyły mnie moje ciągłe uniki – schylanie, uciekanie. Gdy odeszłam za daleko, z ziemi wyrosła zapora, okrążając nas.
Po raz pierwszy dziabnęłam go   podczas jego szarżowania. Zgiął się wtedy w pół, a z jego brzucha posypały się iskry. Uderzyłam go ponownie, a cała ręka po łokieć odpadła.
-Masz jeszcze dwie minuty – oznajmiła spokojnie kobieta, kiedy manekin uderzył kolanami o grunt.
-Celi… błagam, nie…
-Co? – szepnęłam, odsuwając się od manekina. To on to powiedział. To coś powiedziało.
-Nie rób tego , nie zabijaj mnie …– odkaszlnął  ,  nadal spoglądając na podłogę.
-Finnick? – jęknęłam.
Wtem, podniósł głowę. Ujrzałam jego twarz – opaloną twarz, morskie oczy, nieułożone włosy. Miecz wypadł mi z ręki.
-Co ja zrobiłam – załkałam,  próbując nie patrzeć na krwawiące ramię. – Przepraszam, tak bardzo przepraszam.
-Dlaczego , dlaczego?- krzyknął, a z jego wrogich oczu wypłynęły łzy.
-Minuta – spojrzałam na kobietę. Bez wzruszenia oglądała , jak wykrwawia się mój przyjaciel.
-Celi, dlaczego? – spróbował złapać mnie za zdrową ręką, lecz szybko wstałam, podnosząc miecz z podłogi.  -Nie zrobisz tego – zakpił. Ale ja wyczułam, że się boi.
Ostrze przebiło łachmany narzucone na jego nieskazitelną skórę. Finnick spojrzał na mnie z wyrzutem, a następnie rozłożył się na podłodze. Mały strumyczek krwi, dotarł do moich butów, ale ja nawet się nie cofnęłam.

-Dziękujemy, panno Herriot – jej głos rozsypał barykadę. Skinęłam głową, przechodząc nad ciałem. Po drodze rzuciłam miecz do najbliższego sektora . Brzdęk stali ucichł , kiedy wychodziłam, zostawiając za sobą mokre ślady krwi.

~~~
* Złodziejka Książek - Markus Zusak
** Gra o Tron - George R. R Martin
*** Arena - Joey Graceffa
~~~
Powinnam już spać - i to dawno. ;-; Nieważne , że jest weekend, jutro mam bieg o 9:30 i muszę wcześnie wstać. Zabijcie mnie.
Moim zdaniem nazwa ,,The Walking Dead'' totalnie nie pasuje do serialu. Powinien się nazywać ,, The Walking Feels'' ;-;
Ludzie, ten serial mnie zabija. Seryjnie. W jeden dzień obejrzałam pół trzeciego sezonu ;-; Daryl jest suodki c:
Nie mam pojęcia co mam jeszcze napisać.. o mam pomysł! Skończyłam jakoś tydzień temu super książkę! ,,Szukając Alaski'' Johna Greena. Płakałam i takie tam bzdety.
Baj baj
Slendy c:


sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych Świąt i ogłoszenie do komentujących (Lokirka, xdemonicole, Nalia)

1 komentarz:
Chciałabym złożyć najserdeczniejsze życzenia wszystkim , którzy czytają i komentują! Od razu ostrzegam , że nie jestem najlepsza w skrobaniu takich rzeczy, a w dodatku tuż przy mojej głowie sapie kot, domagający się dalszego miziania.
Życzę wam, żebyście odpoczęli. Aby wam akurat nie przypadło zadanie naszkicowaniu jakiegoś zwierzęcia z łódzkiego zoo na A1 do końca świąt! Uczącym się do matury (Lily?) ogłaszam czas i pozdawanych egzaminów c:
Ogółem mówiąc, mokrego poniedziałku (buahahahhahahahahhaa)

~~~
Rozdział (mam nadzieje) ukaże się niebawem - chcę napisać coś długiego. Znaczy, zaczęłam już . Jestem jakby w połowie. :>
I jeszcze coś do Lokirki xdemonicole i Nalii.
Wiem , że jestem zua i badziewna i itp. Zaczęłam już dawno ( koniec marca?) czytać wasze blogi. Szykuje długie komentarze , w których , swoim sposobem, zrecenzuje wasze wszystkie  rozdziały. U Lokirki prawie kończę c:
Przytulaski :3
Slendy

niedziela, 30 marca 2014

Rozdział 8 || Kłamstwa część 2

5 komentarzy:
Rozdział zawiera spojler dotyczący ,,Kosogłosa''

~*~
Czemu od razu musimy przechodzić o sedna? Pobawmy się trochę, później wam opowiem co było dalej.
Może macie ochotę usłyszeć o przyszłości? Nie? A w sumie to już było. Zagłębmy się w zakurzoną przeszłość, której nikt nie może już odzyskać.
Finnick’a poznałam przypadkowo, a przypadkowo znaczy, że przypadkowo. Gdy teraz  o tym myślę, możliwe , że gdybym jej wtedy nie spotkała, moje życie wyglądałoby inaczej. Bez chłopca o morskich oczach.
Pewnie zastanawiacie się, czemu jej  a nie jego.  A kto mówił, że spotkałam Finnick’a osobiście?
Był wtedy upalny dzień, większość osób wolało posiedzieć na plaży ,a inni pracowali. Jako sześciolatka lubiłam wychodzić na dwór- pobawić się, wybiegać, a następnie wrócić do domu cała zabłocona. Koło mojego domu nie mieszkało dużo dzieci. W niebieskiej, małej chatce żył dość stary mężczyzna z dorosłym synem, a obok niego rodzina, której niedawno urodziły się bliźniaczki. 
Z racji pustkowia na moim podwórku musiałam chodzić do różnych części dystryku, z których czasem wracałam do domu zawiedziona tym, że nikogo nie znalazłam. Słowo ‘’znalazłam’’ możemy pojąć za a) ktoś nie miał głowy ,aby się mną zajmować b) nikt nie chciał mnie do zabawy.
Ale akurat tego dnia spotkałam jakąś dziewczynkę, nie tak daleko od mojego domu. Bawiłyśmy się, zwiedzając dzielnice i tak zwane ‘’wiejskie przytułki’’. Nie mam pojęcia , dlaczego to się tak nazywa. Ludziom prawdopodobnie chodziło o granice dystryktów, czasem obsiane polami i dróżkami. Niekiedy strumyki. Mieszkało tam mało osób, z powodu dużej odległości od morza. To ,że Dystrykt Czwarty jest od rybołówstwa, nie znaczy to , że nie mamy żadnych gospodarstw.
Kontynuując, chodziłyśmy , zbierając kwiatki i ganiając się.  Herri,  bo tak owa siedmiolatka miała na imię, była podekscytowana tym, że rodzina jej kuzyna przyjdzie do nich na obiad.
Muszę mówić, kto był tym kuzynem?
Skoro jesteśmy na temacie z Herri. Jej nigdy nie zapomnę, ponieważ ona nas wszystkich złączyła. W głowie nadal pozostanie mi obraz jej blond i miękkich jak puch włosów. Jej szarawej sukieneczki. Jej uśmiechu.
~ Wylosowano ją sześć lat później. Umarła drugiego dnia na arenie. A ja tylko patrzyłam.~
Nie lubiła się chwalić swym pełnym imieniem, ponieważ brzmiało ono Herring, czyli śledź. Tylko raz je usłyszałam, kiedy ubrana na biało kobieta wyczytała z białej karteczki jej imię. Wyszła ona wtedy, ubrana w turkusową tunikę z przebłyskami bieli. Nie uśmiechała się. I nigdy już jej takiej nie ujrzałam.
Takiej , czyli jakiej?
Uśmiechniętej , oczywiście. Pełnej radości i siły. Bez tej krwi, która przyozdabiała jej twarz. Bez tej rany w szyi. Bez wystrzału z armaty.
Rozpływając się w tych wspomnieniach, zapomniałam po co tu właściwie jesteśmy. Ach tak -  Finnick.
Herri wspominała, że ten obiad odbędzie się następnego dnia.  Spytała się wtedy, czy bym się z nią nie spotkała o tej samej godzinie i w tym samym miejscu. Odpowiedziałam, że z pełną chęcią. Nie wiedziałam, że on tam będzie.
A co by było, gdybyś się z nią nie bawiła tego dnia?
Pewnie bym go nigdy nie spotkała. I jak wspominałam, życie toczyło by się inaczej. Bez chłopca o brązowych włosach.
I poszłam na rynek, kiedy skończył się dzień zabaw i minęła senna noc.  Po niedługim czasie przyszła Herri i jej pięcioletni towarzysz. Przedstawił się jako pan Finnick Odair, pochodzący z północnej części Czwórki.
Następnego dnia też się z nimi spotkałam. I następnego . I następnego. Oraz następnego.
Potem dołączyła do naszej małej grupki Annie Cresta – cicha dziewczynka w wieku Finn’a.
Pewnie dalej nie muszę opisywać o naszych przygodach i zabawach. O przyjaźni, która mogła przeżyć całe lata. Nie mówię tutaj tylko o mnie i o Finnick’u. Chodzi mi o całą naszą grupę. Lecz po śmierci Herri rozeszliśmy się w różne strony. Na szczęście, po niekrótkim czasie, nie było już ciszy , nie byliśmy już sami.
Z czwórki, przeżyła dwójka. A potem tylko jedna osoba.
Po co mam udawać, że i tak zginę? Wy dobrze to wiecie.  A i tak nie mam żadnej ochoty kryć tego przed wami. Ponieważ z czwórki bohaterów o nadprzyrodzonych mocach ,zostały tylko wspomnienia zawarte w chorej głowie Annie Cresty.
~*~
You’re on your own in a world you’ve grown
Few more years to go
Don’t let the hurdle fall
So be the girl you loved
Be the girl you loved
I’ll wait, so show me why you’re strong
Ignore everybody else,
We’re alone now
I’ll wait, so show me why you’re strong
Ignore everybody else,
We’re alone now*

~*~

Nie był sam.
Prawdopodobnie w pierwszej chwili mnie nie zauważył. Dalej z nią rozmawiał.
Pożałowałam tego,  że nie zdjęłam z niego wzroku.  Spojrzał na mnie z cieniem smutku, lecz po chwili się opanował. Czułam w nim zazdrość.
Ale zazdrość do czego?
Nie podeszłam bliżej. Stałam i gapiłam się, popychana przez tłum ludzi. Obok niego, Szóstka.  W jej sposobie patrzenia mogłam dokładnie usłyszeć  zadane wcześniej pytanie. ,,Co się stało z Odairem? Nie jesteście już w sojuszu?’’
Dziewczyna wyglądała na dumną, ze swej zdobyczy. Jakby chciała powiedzieć, że upolowała sobie najsmaczniejszy kąsek.  Nie miałam ochoty tego oglądać. Odwróciłam się i ruszyłam do wyjścia.
-Celi? – głos Finna z daleka.
Nie. Nie dam się teraz.
-Celi!
Wyszłam, a w tej samej chwili coś poczułam.  Jakby ukłucie smutku. Właśnie pękła lina naszej przyjaźni.
~*~
Suddenly I’m hit
Is this darkness od the dawn
And your friends are gone
When your friends won’t come
So, show me where you fit
So , show me where you fit * 

~*~
Przez niedomknięte drzwi mojego pokoju sączył się zapach potraw , nakładanych dopiero na stół w jadalni. Można było również usłyszeć ciche odgłosy telewizora z głównego pokoju, jak i muzyka pochodząca z wieży.
Wszyscy przygotowywali się do posiłku. Wszyscy prócz mnie. Leżałam na łóżku z twarzą zwróconą w stronę ściany. Rozmyślałam, głaskając szarawy koc narzucony na materac. Lecz długo to nie potrwało. Przyszła Delenderia, wyganiając mnie do łazienki. Spiorunowałam ją wzrokiem, ale zrobiłam to o co mnie prosiła.  Po prysznicu, ubrałam się i poszłam na kolację. Byłam głodna jak wilk.
Przemierzając korytarz, dopiero teraz zauważyłam to, że są w nim zdjęcia. Dużo zdjęć. Zatrzymałam się, przyglądając się. Po chwili domyśliłam się o co chodzi. Były to portrety martwych trybutów, lecz tylko piętnaście, czy szesnaście z nich było w złotawej ramce. Ujrzałam młodą Mags. Musiałam przyznać, że nie była zbyt piękna. Lecz to się nie liczyło.
Ruszyłam dalej, lecz w głowie nadal krążyły mi twarze ze zdjęć. A za rok, a za rok na jednym będę ja.
Kolacja minęła spokojnie. Mags dopytywała się, jak nam się podobało  na szkoleniu, a my odpowiadaliśmy zdawkowo, starając się również nie nawiązywać dalszych rozmów. Czasem czułam na sobie spojrzenie Finnick’a, lecz ignorowałam go. Tak samo jak on mnie .Wtedy.
Potem wróciłam do pokoju, zmęczona i ociężała ubrałam się w jakieś ubranie i położyłam się na łóżku. Lecz sen szybko nie nadszedł.
~*~
Tik. Tak. Tik. Tak.
Tykanie zegara i odgłosy z zewnątrz tworzyły nawet niezły duet. 
Tik. Tak. Tik . Tak.
Może bym wstała?
Tik. Tak. Tik. Tak.
Odkryłam z siebie kołdrę i podeszłam do okna,  przyglądając się niesamowitym widokiem. Jeżeli nigdy nie widzieliście Kapitolu nocą, to nie wiecie jak wygląda przepych świateł i hałas wypełzający z budynków dyskotek. Tłumy świętowały na placu, wszędzie korki i ludzie. A przede wszystkim ludzie, ludzie i ludzie. Istny chaos i magia w jednym.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że drzwi od  pokoju skrzypnęły. Gwałtownie się odwróciłam.
W wejściu rysowała się  postać mężczyzny, który po chwili przeszedł przez próg. Z moich ust wydobył się pisk , a następnie nachalne pytanie, kim owa osoba jest. Gdy nikt nie odpowiedział, zapytałam ponownie, szybko podchodząc do lampy obok łóżka.  Choć światło pochodziło również z zewnątrz, nie oddawało pełnej widoczności co żarówki.
-Witaj- Najpierw powitał mnie jego uśmiech i błysk w oczach. Potem zamknął cicho drzwi.
-Jak się tu dostałeś- szepnęłam, choć wydawało się to surrealne ,by ktokolwiek nas usłyszał. – Co ty robisz do cholery w moim pokoju?
-Znam swoje sposoby -  odpowiedział, najzwyczajniej w świecie ignorując pierwsze pytanie.
Podszedł bliżej, siadając na łóżku. – Wygodnie tu masz. Myślałem, że będziesz spała.
-Co ty tu robisz?!- powiedziałam głośniej niż zamierzałam. Wystraszył się, pokazując mi , abym się uciszyła. No i w sumie dobrze, bo kto by chciał, aby ktoś napotkał cię z obcym facetem w pokoju i to obok łóżka.
-Przyszedłem cię przeprosić – odetchnął, nadal się uśmiechając.  Nienawidziłam jego wykrzywionych kącików ust, ale też je uwielbiałam. Dlaczego? Po przynajmniej nie gadał jak najęty.
-Bardzo śmieszne – parsknęłam, lecz nadal otaczałam go bacznym wzrokiem – Tylko za co? Czy ty coś kiedykolwiek zrobiłeś? Albo ja tobie?
Lendrad’owi rozbłysły oczy, niewyobrażalnie głębokie.  Mogłabym w nich utonąć.
-Ponieważ…- nagle się zatrzymał, gdyż usłyszeliśmy kroki w korytarzu.

*James Blake - Retrograde 
( tłum. 1.Jesteś zdany na siebie w świecie w którym dorastałeś
Przed Tobą jeszcze kilka lat
Nie pozwól, by przewrócił Cię płotek
Więc bądź dziewczyną, którą kochałaś,
Bądź dziewczyną którą kochałaś
Będę czekał, więc pokaż mi , dlaczego jesteś taka silna,
Nie zwracaj uwagi na innych,
Jesteśmy teraz sami
Będę czekał, więc pokaż mi , dlaczego jesteś taka silna,
Nie zwracaj uwagi na innych,
Jesteśmy teraz sami
2.  Coś mnie nagle uderzyło
Czy to ciemność jutrzenki
I Twoi przyjaciele odeszli
Jak Twoi przyjaciele nie przyjdą
Więc pokaż mi , gdzie pasujesz
Więc pokaż mi, gdzie pasujesz )

~~~
Nie ma to jak pisać o Igrzyskach podczas słuchania Happy, co nie? c:
Rozdział taki sobie wyszedł, wybaczcie mi. Nie umiem stwarzać tajemnic :<
Jedynym powodem, dlaczego dodałam go teraz, jest to, że we wtorek piszę ten sprawdzianos po szkole podstawowej , a na dodatek przez ten tydzień będę kompletnie zajęta, czyli bym nie dodała , ani bym nic nie napisała , aż do następnego poniedziałku.
Tak ogółem, nie mogę się doczekać nowego sezonu Gry o Tron. Oczywiście czytałam wszystkie części , więc wiem co się dalej potoczy, ale no muszę obejrzeć ^-^
A jeszcze do tego wciągnęło mnie The Walking Dead. W ten weekend przepadło mi osiem godzin na oglądanie. OSIEM. Zamiast się uczyć do tego testu we wtorek, ja oglądałam , jak zabijają zombie. I jeszcze one mi się śnią. Wariuję. 
Więc życzcie mi pięknej nocy, dzięki której się nie wyśpię, bo była ta nieznośna zmiana czasu, przez którą się nie wyspałam, bo oczywiście Rick i jego przyjaciele w serialu polegali na mnie. Takie życie.
Baj baj c:
Slendy

poniedziałek, 10 marca 2014

Rozdział 7 || Kłamstwa część 1 (+ Rysunek dla Lily Nimrodiell)

9 komentarzy:
Wyjdźmy trochę  w przyszłość – tak, zaspokójmy twą ciekawość. Otóż był tu śnieg. Gdzie się obejrzysz – biało. Rzeka. Niby takie małe, a takie niebezpieczne.
Jeden ruch, drugi ruch. Lewa, prawa, lewa ,prawa , TRZASK!
Ups…
Czy zapomniałam dodać, że to była topiąca się z lodu rzeka…?
~*~
-Potrzebuję chwilę odpoczynku – szepnęłam sama do siebie, upadając plackiem na materac. Byłam zmęczona, spocona, roztrzęsiona, zmarznięta… Spojrzałam na zegar usadowiony na moim polu widzenia. Minęła godzina.
Świetnie – jeszcze pół dnia.
Przez niecałe trzydzieści minut, po tym, jak Finnick postanowił poćwiczyć sobie sam, siedziałam na jednym stanowisku.  Znalazłam tam swój miecz, swoją plastikową kukłę… Na początku nie wiedziałam od czego zacząć Może miałam ją dźgnąć? Uderzyć z półobrotu. Czy ja w ogóle wiem jak się uderza z półobrotu? Nie, ale fajnie to brzmi.
Teraz gdy to wspominałam, wydaje się to śmieszne. Bałam się cokolwiek zrobić. Potem lekko obijałam kukłę, raz za razem w lewo czy to w prawo. W końcu odważyłam się na śmielsze kroki, dźgając i zadając ciosy, zostawiające ślad.  Osoby przychodziły walczyć z innymi manekinami , a następnie odchodziły , łaknące nowych możliwości.
A teraz leżę tutaj, gdy inni trenują jak mnie zabić.  
Wstałam, odlepiając się od śmierdzącej skóry materaca. Rozejrzałam się. Kilku trybutów bawiło się ogniem, rozpalając małe ogniska.  Większość spędzała czas przy broniach. Reszta gdzieś się szwendała – nie wiedząc , co ze sobą zrobić.
Mój wzrok dostrzegł ściankę wspinaczkową , prowadzącą do samego sufitu. Tam na górze, była półka, gdzie można było odpocząć po odbytym dystansie.
Nie oszukując, chciałam spróbować. Gdy byłam młodsza, czasem dla zabawy wspinałam się po drzewach. Nigdy nie byłam w tym dobra, a matka zawsze mnie karciła, gdy zauważała mnie z okna. ,,Nie wolno ci tego robić!’’ wrzeszczała, łapiąc mnie za chudą rękę. Dzięki mamo –  zawsze jesteś pomocna.
Kilka osób wspinało się, gdy dotarłam do celu. Z daleka wydawała mi się mała, a teraz...? Przetarłam ręce, a następnie chwyciłam pierwszy lepszy kamyk, odepchnęłam się nogami i podciągnęłam do góry, łapiąc kolejną podporę.  Następnie znowu  i znowu. Raz się zatrzymałam, oszołomiona wysokością. Lekko odwróciłam głowę, spoglądając na wszystko z góry. Widziałam stanowiska, organizatorów, kilka metrów niżej i ćwiczących trybutów.
-Czy mogłabyś się ruszyć?
Jęknęłam i spojrzałam w dół, drgając ze strachu. To tylko dziewczyna. To tylko dziewczyna.
-Przepraszam -  odetchnęłam i odsunęłam się na bok.  Brązowowłosa minęła mnie, dysząc ciężko. Wyglądała na zmęczoną, zapewnie pragnęła być już tam na górze, pławić się we własnym zwycięstwie.
Chwilę. Tylko chwilę. Poczekałam, aż jej nogi znikną znad mojej głowy i poszłam dalej. Słyszałam jej oddech, chrzęst butów…
-Przestań!- krzyknęła , zatrzymując się. Drżała,  spojrzała w dół, dokładnie w moje oczy – Nie mogę…
Obudziłam się jak z transu. Przedtem nie zauważyłam , że doganiałam ją.
-Nie chciałam – szepnęłam .
-Idź pierwsza – fuknęła po chwili,  zamykając powieki.
I tak zrobiłam. Ominęłam ją bez słowa, bez kontaktu wzrokowego. I dotarłam. Na górę.  Przysiadłam na półce , biorąc butelkę wody z pudła.  Dziewczyna nadal się wspinała, choć była tak niedaleko. Spojrzałam na swoje dłonie – lekko zadrapane od wysiłku, czerwone, spocone. Naprawdę mam taką siłę?  Oparłam się plecami o zimną ścianę.
Później przyszła ta dziewczyna. Przysiadła koło mnie, również biorąc picie. I po prostu przyjmowała napój, podziwiając swoją ciężką pracę. 
W myślach próbowałam przypomnieć sobie, z którego dystryktu jest. Przed  oczami  ujrzałam jej  dumną twarz na dożynkach, jej oddanie , jej zieloną sukienkę. To wszystko bzdura.
-Jesteś z Szóstki? – zapytałam, odkładając pustą butelkę do pudła. 
-Tak – mruknęła , biorąc łyk – Co się stało z Odairem ? Nie jesteście już w sojuszu?
W jej głosie wyczułam lekkie rozbawienie.
- Nie twoja sprawa – westchnęłam, wstając – Nie musisz wszystkiego wiedzieć.
-To Kapitol , Złotko – zaśmiała się – prędzej czy później sam by  się dowiedział.
~*~
Zeszłam na dół, jak najszybciej mogłam. Po drodze spotkałam dwójkę innych trybutów dążących ku górze. Gdy moje nogi dotknęły twardego gruntu, odetchnęłam. Do moich uszu dotarł dźwięk dzwonka. Kilka osób jęknęło z niezadowolenia.  Mieliśmy iść odpocząć.
Razem z tłumem zostałam poprowadzona do  dużego pokoju – jakby restauracji. Wszędzie porozsadzano stoły dla czterech, pięciu osób. Położono na nich talerze pełne kanapek i szklanki z sokami.
Niektórzy pogrążeni w rozmowie zaczęli siadać, zabierając się za jedzenie. Wybrałam sobie stolik obok ściany. Nikt tam nie zamierzał iść, więc pomyślałam, że zjem sobie sama. Przynajmniej tak sądziłam.
Gdy tylko dotknęłam kanapki, poczułam dłoń na ramieniu. W myślach wyobraziłam łagodną twarz Finna, lecz kiedy się odwróciłam…
-Czego chcesz?- warknęłam , odkładając sandwicha na talerz.
-Pomyślałem, że się dosiądziemy- odparł z uśmiechem Lendrad.
-Są tu tylko trzy miejsca – oznajmiłam i spojrzałam na jego przyjaciół za jego plecami – A was jest czwórka.
-Nie widzę w tym problemu – wzruszył ramionami i poszedł po krzesło, a następnie przystawił je do stolika. 
Co ja miałam zrobić? Ten jego sojusz zaczął mnie otaczać, jedząc kanapki i rozmawiając. Wpatrywałam się w talerz.
-Zamierzasz to jeść?  - zapytał Lendrad, siedzący naprzeciw mnie.  Zaprzeczyłam głową, a następnie bezsilnie patrzyłam jak zjadał mój posiłek. Dokładnie jak Finn.
Lunch przebiegł dla mnie tak jakby go nie było. Próbowałam nie wnikać w konwersacje między moimi sąsiadami – nie chciałam się z nimi zżywać. A czy to było możliwe?
Dowiedziałam się, że ten drugi chłopak ma na imię Deidre i pochodzi z Jedynki.  Często się uśmiechał i próbował naśladować przywódcę- Lendrada.  Sue, również z Pierwszego Dystryktu, była rozgadana i większość rozmów  prowadziła ona. Nie umiała niczego ukryć, narzekała. Charlotte – współtrybutka Lendrada,  ledwo co się odzywała. Jej skupiona twarz rozglądała się wokoło dumnym wzrokiem.  Bała się czegoś.
A ja? Nie wiedziałam co ze sobą robić, więc skubałam nitkę wystającą z brzegu koszulki i wsłuchiwałam się w część rozmów. W końcu znudziła mnie ta zabawa. Postanowiłam obeznać otoczenie. Większość osób kończyło już posiłek.  Inni czekali. Zauważyłam dziewczynę ze wspinaczki.  Siedziała tyłem, a swoimi brązowymi , prostymi włosami  machała w każde strony świata, prawdopodobnie się śmiejąc.
Dopiłam sok i wstałam, zostawiając ich w pogadance.  Ruszyłam do drzwi, miotąc wzrokiem tych, którzy również wychodzili. Blondynka z Trójki, para z Jedenastki.
Zaświtało mi w głowie. Gdzie jest Finnick?
Zatrzymałam się, wpadając na kogoś.
-Przepraszam- powiedziałam bez intencji poszukując go wzrokiem.
Jest. Znalazłam go. Dzięki Bogu.

Ale nie był sam.
~~~ 
Matko , przepraszam, że tak krótko i długoo ;-; (make sense)
Po prostu chciałam skończyć ten rozdział w tym miejscu, a do tego mój zapas paliwa (czytaj : wizji) się kończył c:
Siedziałam chora w domu więc a) pisałam rozdział b) ZROBIŁAM RYSUNEK LILY DLA LILY! SERIO!
Tak długo jej to obiecywałam na urodziny bloga, aż minęła mnie ta data ;-; Pseplasam
Ogólnie nie wiem też, czemu nazwałam tak ten rozdział ^-^ kompletnie nie pasuje nazwa , ale w kolejnej części ,,Kłamstwa'' wszystko się okaże  :>
Kończę tą gadaninę i prezentuje wam mój portret Lily dla Lily z  TEGO BLOGA :D
(Dewiza rodu Nimrodiell : ,,Wszędzie chaos'' c:)


I jeszcze raz przepraszam, że tak długo czekałaś ;-;
Do następnego rozdziału! c:
Slendy
PS: Ma ktoś ask'a? c:  ask.fm/slendystark
PSS: Dodałam nową zakładkę pt ,,Spis Treści'' . Są tam wszystkie rozdziały, razem z Liebsterem c:

środa, 19 lutego 2014

Rozdział 6 || Rozczarowanie

6 komentarzy:

Tego pięknego poranka obudziłam się na podłodze. Cała przemarznięta i obolała. Oto plusy spania na twardych panelach!
W sumie, nie była to nowość. W domu zazwyczaj wysuwałam się z łóżka, nawet się nie budząc. Miałam najtwardszy sen z całej rodziny, czyli a) nie przeszkadzały mi hałasy b) grozą było to, że mogłam się nie obudzić podczas pożaru lub masowego ludobójstwa.
Wstałam, oszołomiona bólem głowy. Musiałam nią łypnąć pierwszą. Westchnęłam , pocierając obolałe miejsce. Krwi nie czułam.
Ruszyłam do łazienki, chcąc zacząć normalny dzień … lecz, przecież to nie był normalny  dzień. Były to przygotowania na arenę- wywiady i treningi.  Nie byłam w domu, a tak bardzo tego chciałam. Kapitol nie dostałby takiego mienia.
Zatrzymałam się w połowie drogi, zauważając ubrania. Nie przypominałam sobie, abym je tu kładła. W ogóle, co to były za ubrania? Po chwili do mnie dotarło. Treningi, treningi. Ogarnij głowę Celi.
Czarna koszulka bez rękawów i  spodnie do kolan w tym samym kolorze. Gdy rozłożyłam ubranie, napotkałam wyszyte złotą nicią moje nazwisko i numer dystryktu na tyle podkoszulka. Zgarnęłam wszystko i dotarłam do łazienki, pozostawiając za sobą jaśniejący pokój. Odkręciłam wodę pod prysznicem i usiadłam na toalecie, czekając aż zrobi się cieplejsza. Wpatrywałam się w podkoszulek. Herriot 4. Gdyby Finnick się nie zgłosił, byłaby tu jeszcze jedna taka koszulka.
Co chwila przypominałam sobie okruchy snu. Woda, wszędzie woda. Ból?  Tonący przyjaciel?  Co to ma  znaczyć?
Odłożyłam ubranie na toaletę i rozebrałam się, spoglądając na swoje gołe ciało odbite w lustrze. Byłam niska i chuda. Rozpuściłam włosy z prowizorycznego koka i weszłam pod natrysk. Woda nie była wcale taka ciepła.
~*~
-Dzień dobry.
Mags uśmiechnięta jak skowronek powitała mnie wstając ze stołu. Obok niej Finnick, już siedzący.
-Dzień dobry – odpowiedziałam grzecznym tonem, dosiadając się. Finn siedział po lewej stronie naszej mentorki, a ja po prawej.
Nikt się nie odzywał. Zabrałam się do jedzenia. Cisza. Spokój.
Nie na długo.
-Dzisiaj trening – zaczęła Mags, spoglądając z lekkim zawodem w talerz – Bardzo was proszę, zachowujcie się normalnie.
Odłożyłam sztućce i odchrząknęłam, wyczekując dalszej części przemówienia. Lecz nie- skończyła.
Kobieta musiała po chwili wyczuć to, że o czymś zapomniała. Przez chwilę się wahała-  Widzowie uwielbiają was jako… przyjaciół.  – dodała wreszcie.
Dałabym głowę, że chciała powiedzieć parę. Czy my naprawdę na takich wyglądamy?
-Da to wam trochę sponsorów – ciągnęła, uśmiechając się.  Czy ta kobieta nie miała nigdy wypisanego smutku na twarzy? Zastanowiłam się.  Była na arenie. Przeżyła. To jest smutek.
Przy tym potoku miłych słów, proszących o pogodzenie się nawzajem, poczułam coś jeszcze. Mags próbowała nam nic nie mówić, że – jak już- wygra tylko jedno z nas. Po co miałaby to kryć? Przecież i tak byliśmy tylko ofiarą dla Prezydenta Snowa.
-Dobrze -  odetchnęłam, odsuwając się od stołu.  Finn również to zrobił. Mentorka odprowadziła nas pod samą windę, nawet nacisnęła guzik, oraz pomachała. Czy. My. Nie. Umiemy. Nakliknąć. Cholernego. Guzika?!
 Cicha, windowa muzyka leciała, a ja wpatrywałam się w swoje buty. Czarne tenisówki, wyciągnięte z szafy.  Ogólnie, rzecz biorąc mogli by nam dać cieplejsze ubranie. Na hali pewnie będzie chłodno, a ja już marzłam.  Pewnie nie spodziewali się, że…
-Przepraszam
…niektórzy nie są tacy wytrzymali na zimno.
Odwróciłam się w lewo. Finnick stał najwyraźniej strapiony. Powiedział to słowo cicho, jakby nie chciał by ktoś inny go posmakował.
Już się nie odezwał. Wpatrywał się we mnie. Nie wie co powiedzieć.  Przez moją głowę przeszły te najgorsze wspomnienia. Jego frustracje przy posiłku. Gniew. To, że żałuje, że zgłosił się na miejsce mojego brata…
- Nic nie szkodzi – odpowiedziałam, unosząc ramiona.
A szkodzi.
I to bardzo.
~*~
-Ogromna… - wymsknęło mi się z ust.
Wyszliśmy z windy. Przed nami kilkoro trybutów, rozmawiających, unoszących złośliwe szepty. Za nimi  stanowiska , ścianki wspinaczkowe, sztuczny las…
Przeszliśmy między ludzi, a ja podłapywałam ich słowa.
-To ona jeszcze żyje?
-Ciekawe jak będzie na arenie…
-Zabiję ją pierwszą…
-Weźmy ją do sojuszu…
Śmiechy, kpiny. Zaraz… co? Weźmy ją do sojuszu.  Rozejrzałam się. Kto to powiedział?
-Nie przejmuj się nimi – Finn spróbował podratować sytuację – Myślą, że są lepsi
Są. I ty dobrze to wiesz. Potaknęłam, spoglądając na niego. Zmienił się.  Nie teraz, już dawno. Śledziłam jego poczynania z dnia na dzień. Urósł, był znacznie większy ode mnie. Mógłby mieć spokojnie z szesnaście lat. Jego rysy twarzy robiły się ostrzejsze. Nie był dzieckiem, lecz nie był jeszcze dorosły. Był Finnick’iem – zwycięzcą Głodowych Igrzysk… lecz o tym to dopiero później…
Odwróciłam się od niego.  Mój wzrok powędrował do tych, co prawie nas zabili. Blondynka i szatyn. Rozmawiali po cichu. Żadnych bandaży, zadrapań. Szczęściarze.  Gdy dziewczyna z Trójki zauważyła, że im się przyglądam, szept się nasilił.
-Finnick – spojrzałam za siebie. Jakiś chłopak, o kilka centymetrów wyższy od mojego przyjaciela ( a co dopiero ode mnie) podszedł do nas , uśmiechając się, pewnie rozbawiony po poprzedniej rozmowie – Chodź na słówko.
Nie. Nie. Zabierają go. Zabiją. Wezmą do sojuszu. Finn wytrzeszczał oczy,  wymamrotał ,,Zaraz wracam’’ i poszedł.  Podążyłam za nim wzrokiem i obserwowałam , póki nie skończyli rozmawiać. Niczego nie słyszałam. Pod koniec Finnick zaczerwienił się, a rozmówca poklepał go po ramieniu. Finn wrócił ,cały zgrzany.
-Co się stało?- zapytałam- Co on ci takiego powiedział?
-Nic – mruknął i spojrzał na swoje buty.
Ja wiem. Chcą cię do sojuszu. Chcą cie zabić. Nie odchodź.
Finnick stał tak  do rozpoczęcia treningu. Wstydził się spojrzeć mi w oczy? Może bał się, że wyczytam jego wszystkie sekrety? Nie bój się. Ja wiem. Wszystko.
Pociągnęłam go do najbliższej stacji, tylko po to, by nie stał jak sierotka na środku rynku.  Zaczęliśmy od manekinów. Były one plastikowe, obcięte do torsu i przymocowane do sprężyn. Chwyciliśmy miecze i wybraliśmy sobie naszych współzawodników. Zdziwiło mnie to, bo Finnick nominował ostatniego z nich- najdalej osadzonego ode mnie. Musiał być naprawdę zdołowany.
Lecz humor poprawiła mu walka. Z uśmiechem przystanęłam i oglądałam, jak  atakował swojego wroga, uderzając stalowym mieczem , a manekin raz za razem kotłował się na boki. Wykończył go, odcinając mu głowę.
Zaklaskałam, a on spojrzał na mnie. Zabawa musiała go tak wciągnąć, że zapomniał o innych.  Tym razem się uśmiechnął i zdyszany ,oparł się o ściankę.
-Nie ćwiczysz?- zapytał
- Chciałam zobaczyć jak walczysz. Nie wiedziałam, że umiesz posługiwać się mieczem. – odparłam.
-To prawie jak z trójzębem – i nagle go olśniło. Wstał – Może po niego pójdę.
-Poczekaj – podeszłam i złapałam go za przegub dłoni, gdy ten już miał iść.
-Tak?
-Oglądają cię.
-Kto?
Dyskretnie pokazałam palcem siedzących na pudłach trybutów. Ten chłopak ,co rozmawiał z Finn’em, jakiś inny chłopak i dwie dziewczyny. Wskazałam również organizatorów ,umieszczonych piętro wyżej. Spoglądali na nas.
-A niech patrzą – burknął
-Finnick, co chciał od ciebie ten chłopak?- Wiedziałam. Wiedziałam, lecz musiałam się upewnić. Musiał to powiedzieć.
-Lendrad?- zapytał i w ten sposób chłopak zyskał imię – Nic- przełknął ślinę i ruszył szukać broni, wyrywając mi rękę z uścisku.
Przez chwilę stałam w tym samym miejscu, oglądając go jak idzie – wyprostowany, dumny. Nie, nie. Nie mogę na to pozwolić.  Odłożyłam z brzękiem miecz i zaczęłam za nim iść. Zabierają mi go. Zabierają. Był już daleko… Zostanę sama, zginę…
-Herriot!- krzyknął głos za mną.  Odwróciłam się gwałtownie. Lendrad. Uśmiechnięty, dogonił mnie.

-Co ty mu zrobiłeś? – zawołałam i popchnęłam w tej samej chwili. Musiało wyglądać to śmiesznie. Chłopak był wyrośnięty, zapewnie miał z osiemnaście lat. – Czemu z nim rozmawiałeś?!
-Słonko, hej , przestań. Nie bij mnie tymi małymi piąstkami, bo  je powyrywam-  i znowu ten uśmiech. Nienawidzę go. I uśmiechu i jego właściciela.
- Co ty chcesz od niego?!- już nie biłam, nie odważyłam się. Wyglądał na takiego, co dotrzymuje swoich obietnic.  Kwestia ‘’Powyrywam ci rączki’’ świdrowała mi w uszach.
-Ja? Nic – jego oczy były utkwione w coś za moimi plecami. Jego wyraz twarzy przekształcił się w ledwo zauważalny triumf. Odwróciłam się. Niedaleko mnie, Finnick wycofywał się z mego pola widzenia.
-Finnick…- zawołałam, lecz szedł dalej.
-Widzisz? Nawet twój chłoptaś nie chce z tobą ćwiczyć – złapał mnie za przedramię i nachylił się. Jego głowa była na tym samym poziomie co moja, dzieliło nas kilka centymetrów.

-Zamknij się – fuknęłam, próbując się wyrwać. Nagle mnie puścił. Odszedł do swojej grupy, machając na pożegnanie. 

~~~ 
Let it go! Let it go! Lalala... 

Wybaczycie mi? D:
Na znak potaknięcia głową, daje wam rozdział, choć nie grzeszy długością. Doznałam załamania twórczego przy rozmowie Celi i Lendrada ;-;
Miesiąc nie było rozdziału! Zawiesiłam bloga, bo nie miałam czasu na pisane. Nadal mam go coraz mniej (za 40 dni mam sprawdzian po szóstej klasie - nawet się nie obawiam, dzisiaj szczęśliwie układałam książki na półkach) i nie wiem, za ile dodam kolejny. Mam do niego już początek i ogólny zarys (Zarys o ja mam na samochodzie, badum tss), więc nie mam na co płakać c:
Podziękujcie Marcusowi Zusacowi - autorowi ,,Złodziejki Książek'', bo dzięki tej FANTASTYCZNEJ , ALE TO FANTASTYCZNEJ KSIĄŻCE ( od razu mówię, że nie byłam na filmie ) powróciła mi wena! Jej!
Papatki c:
Slendy
PS: Dzisiaj nie ma PS'ów!